
Byliśmy w rezerwacie tygrysów im. Jima Corbetta. Patron rezerwatu był Anglikiem urodzonym w Indiach, jednym z takich, co do których nie ma pewności, czy kiedykolwiek w Anglii byli. Zasłynął z polowań na tygrysy. Zdarzało się, że wieśniacy błagali, by uratował ich przed tygrysem ludojadem, zagrażającym ich życiu i nie pozwalającym doglądać pól. Pisali do niego błagalne listy, bardzo wyrafinowaną wiktoriańską angielszczyzną, zaczynającą się od słów „Respected Sir”.

Corbett kochał tygrysy, które normalnie nie atakują ludzi. Do ataku na człowieka zmusza ich tylko to, że nie mają już siły walczyć o przetrwania w dżungli. Czasami jest to skutkiem starości, czasami atakiem jeżozwierza, którego kolce potrafią unieszkodliwić tygrysie pazury. Dlatego Corbett, który strzelał do tygrysów, stał się patronem ich ochrony.

A tygrysy znalazły się pod ochroną, bo kłusownicy zagrozili wręcz istnieniu gatunku. W rezerwacie jest zresztą bardzo pięknie. Jeździliśmy na słoniach, byliśmy na porannym safari, na którym obserwowaliśmy głównie małpy i pawie. Ale tygrysa nie widzieliśmy żadnego, chociaż fajnie by było w takim blogu o tym napisać (i może zdjęcie powiesić). Może kiedyś rząd poradzi sobie z kłusownikami.

Więcej tu naszych kuzynów niż konsumentów





Sarenki zaprzyjaźniły się z małpami

